Blogerzy książki piszą

oksy

Postanowiliśmy ruszyć z rubryką przedstawiającą recenzje książek blogerów i ludzi Internetu w ogóle. Przyszedł do nas pierwszy egzemplarz recenzencki. Autorem jest bloger, którego regularnie czyta większość z ekipy redakcyjnej, więc o to, kto ma odpowiadać akurat za ten tekst, była mała bitwa. Ostatecznie przeczytaliśmy książkę prawie wszyscy, pokazaliśmy ją znajomym, a jej fragmenty weszły do naszego codziennego języka. Tak książka była niezwykła. Bo była po prostu koszmarnie zła. Zła do bólu. Tym gorsza, że wiemy, że bloger pisać potrafi.

Szukaliśmy winy w sobie. Ania wytłumaczyła sobie, że może tematyka nie do końca jej odpowiada. Ja podejrzewałam siebie, że nie potrafię skupić się na treści, bo moją uwagę odciągają okropne błędy stylistyczne, merytoryczne, nachalne powtórzenia i niekonsekwencja pewnych rozwiązań (zaczęłam te rzeczy wynotowywać, a potem dałam sobie spokój, bo w ten sposób pisałam równoległą publikację na temat „dzieła”, które wybitnie nie było tego warte). Książka wędrowała z rąk do rąk i w sumie nie mogliśmy przestać rozmawiać na jej temat. Jak. Ktoś. Mógł. To. Puścić. Do. Druku.

Generalnie jadowite recenzje pisze się bardzo miło. Piszą je również blogerzy. Gdybyśmy mieli się teraz popastwić nad 50 twarzami Greya, to zawsze, z pocałowaniem ręki, polecamy się. Felicjańska znowu coś napisała? Spieszymy z jadem. Tylko co zrobić, kiedy osoba, którą znamy i lubimy pisze – no cóż – gówno? Wyłączyć empatię i zdobyć się na szczerość? Chwalić wbrew wszystkiemu? Przemilczeć?

Byliśmy ciekawi jak wybrnęli „krewni i znajomi królika” z blogosfery. Same „ochy” i „achy” i bez wdawania się w szczegóły. Kilka bardziej dogłębnych recenzji powstało na blogach nieszczególnie popularnych: warto było się postarać, bo autor część z nich udostępniał na swoich kanałach społecznościowych. Natomiast recenzenci, u których nie doszukaliśmy się przyjacielskich relacji z autorem, ani parcia na szkło, niestety podzielali nasze zdanie.

Panie kochany, pana blog jest cudowny, ale książka to dno – prawie wszyscy jesteśmy skonstruowani tak, że zapamiętamy tylko tę negatywną część takiej wypowiedzi, skierowanej do nas, weźmiemy ją do siebie, schowamy głęboko pomiędzy „za mało się starasz”, a „te dżinsy powinny być o rozmiar większe”. Nie jesteśmy w stanie wystawić autorowi laurki za to, co spłodził, ale okazuje się, że jesteśmy trochę zbyt „blisko” ze środowiskiem, o którym piszemy i nie potrafimy się nad nim pastwić. Nie chcemy palić mostów – przyznajemy – ale chyba zwłaszcza nie chcemy wbijać w ziemię początkujących „pisarzy”. Być może jest to oznaka słabości.

Bardzo złych blogowych książek jest niestety więcej. Wszystkie dostają entuzjastyczne recenzje od kolegów i koleżanek po fachu. Blogosfera, to wielka i fascynująca grupa ludzi, ale trzymanie sztamy rzuca się czasem cieniem na wiarygodność i w efekcie tak zwane „osoby wpływowe” polecają swoim czytelnikom okropne szmiry i co gorsza w wielu przypadkach albo mają tego świadomość, albo książek w ogóle nie przeczytali.

Blogerzy mają być – i wielu przypadkach są – odtrutką na hipokryzję i nadmierną poprawność polityczną mediów. W przypadku, kiedy kolega/koleżanka wprowadza jakiś produkt na rynek, rzetelność przestaje zobowiązywać. Logikę tego zjawiska można zrozumieć i na poziomie „jesteśmy-zwartą-ekipą”, wszystko jest w porządku. Ale dla czytelników ta sytuacja jasna i czysta nie jest, bo w końcu zaczną się pytania: skoro bloger X jest wnikliwym obserwatorem i krytykiem rzeczywistości, to dlaczego zachęcił mnie do kupienia bubla za pięć dyszek?

Nie potrafimy wydać jednoznacznego werdyktu, które podejście jest lepsze. Prawdopodobnie sami pójdziemy w tę stronę w przyszłości, że będziemy Wam pokazywać tylko te pozycje, które warte są Waszej uwagi.

1 I like it
0 I don't like it
Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest