Jedzenia i dobrych zdań nie należy marnować. Janina Daily odpowiada na nasze pytania.

1

Ta blogerka spacer do sklepu po masło opisze tak, że będziesz czytać z zapartym tchem. Ani się obejrzysz, a jej emocjonujące życie wykładowcy statystyki i statecznej mężatki – wciągnie Cię jak odkurzacz. Będziesz martwić się, czy zjadła kanapki. Irytować wraz z nią, gdy ktoś nie odróżnia lamy od alpaki. Na Halloween nic nie przestraszy Cię bardziej niż Janina-która-nie-opublikowała-posta.

Masz jakieś rytuały związane z pisaniem? Siedzisz czasem nad pustą kartką czy walisz w klawiaturę jak Pusheen na popularnym gifie?

To raczej zdania walą mnie w czerep jak Pusheen na gifie. To taka ciekawostka, ale posiadam całą Janinę Daily w wersji analogowej – to taki zeszyt, teraz już któryś z kolei, w którym zapisuję te fragmenty historii, które czasem przychodzą mi do głowy.  Czasem jest to tylko pomysł na wpis, czasem jedno porównanie, które będzie cierpliwie czekało na swój moment chwały, a czasem – gdy mam szczęście – przychodzi do mnie natychmiast cała historia, wszystkie zdania po kolei, i wtedy, tak, jestem jak ten kot chodzący po klawiaturze i to jeszcze na dodatek pijany. Gdy mam pomysł – na historię, na zdanie – to muszę go zapisać natychmiast, żeby nie zapomnieć, i mój mąż jest całkowicie do tego przyzwyczajony. Stoi nade mną, gdy zapisuję coś na środku chodnika na kawałku paragonu, i tylko pilnuje, żeby nie rozjechał mnie żaden rower. No i czy dobrze wstawiam przecinki.

Niektóre fragmenty zapisane w zeszycie muszą całkiem długo czekać na towarzystwo. Na przykład zakończenie do tekstu “Miłuj bliźniego swego, tego właściwego” napisałam ponad ro temu i nie zmieniło się aż do ostatecznej wersji. Wiedziałam, że chcę o równości małżeńskiej napisać i wiedziałam nawet, jak chcę tę historię zakończyć. Niemniej sam początek tego tekstu przyszedł do mnie dopiero kilkanaście miesięcy później. Jestem z natury niecierpliwa, więc takie czekanie nigdy nie jest łatwe, ale wiem, że warto. Uważam, że jedzenia i dobrych zdań nie należy marnować.

 Zawsze miałaś takie cięte pióro? Same szóstki z wypracowań i nagrody w konkursach prozatorskich?

O to trzeba by spytać moją polonistkę, ale teraz, po latach – kiedy nie musi już czytać moich brawurowych przemyśleń na temat “Stepów akermańskich” – to wciąż czyta Janinę Daily, więc traktuję to jako dobry znak.

Zawsze lubiłam pisać, no i czytać, bo jedno nie istnieje bez drugiego, i zawsze dużo pisałam, najróżniejszych rzeczy; od wypracowań do artykułów do szkolnych gazetek. Przez ten czas były konkursy, tak, ale przede wszystkim było też wiele dobrych osób, które gdzieś tam mnie doceniały i mówiły: “dobra robota!”. Wszystkim im jestem wdzięczna, bo to oni dali  mi poczucie, że może rzeczywiście po drodze mi ze słowami i warto się w tym pisaniu rozwijać. Wciąż, od lat, to pisanie ćwiczę. To najdłuższe ćwiczenia w jakie jestem zaangażowana od czasu, jak w 1995 roku zrobiłam cztery skłony i przysiad.

Jak wygląda historia Twojego blogowania?

Pamiętniki prowadziłam od dziecka, na początku jeszcze w takim różowym zeszycie z pachnącymi karteczkami i kłódką. Krzywym pismem i słabą gramatyką skarżyłam się tam na to, że mama każe mi nosić beret i nie chce mi kupić psa. A wiele lat później: że mama wciąż każe mi nosić beret, ale kupiła mi psa.

Potem przyszedł internet i wtedy zaczęłam pisać praktycznie bez przerwy, choć w różnych miejscach. To był jeszcze czas zupełnie innych blogów – bardziej osobistych, bez fanpejdży, lajków, statystyk. Żadna z tych stron już nie istnieje, ale mam te wszystkie wpisy zebrane w jednym pliku na dysku. Jest tego ponad 2000 stron i można tam znaleźć wszystko – od historii o klasówce z biologii w gimnazjum, przez studniówkę, aż po egzamin magisterski. Lubię do tych tekstów wracać, bo to jest taki mój prywatny wehikuł czasu. To były zabawne teksty, lubię je, ale myślę, że ich termin ważności już minął. Gdy zakładałam Janinę Daily to byłam już w zupełnie innym miejscu – i dosłownie, i w przenośni. Mieszkałam w innym kraju, zaczęłam zakładać własną rodzinę i robić inne, szalenie dorosłe rzeczy typu chodzenie do pracy i płacenie podatków. Pomyślałam sobie, że te historie zasługują na świeży start.

W pewnym momencie zrezygnowałaś z wrzucaniem linków do bloga na Facebooku na rzecz umieszczania tam całych tekstów…

To prawda. Na początku pisałam tylko na swojej stronie i nie miałam żadnego spójnego pomysłu na to, jak zarządzać treściami na Facebooku. Próbowałam nowych rzeczy i obserwowałam. Z czasem zauważyłam, że teksty na Facebooku wzbudzają większe zaangażowanie niż dokładnie te same teksty na stronie www – ludzie chętniej na nie reagowali, dyskutowali, udostępniali, post stawał się widoczny dla kolejnych użytkowników, którzy jeszcze strony nie znali, zainteresowani klikali po więcej, niektórzy zostawali na dłużej. Z punktu widzenia liczby czytelników decyzja o tym, by umieszczać teksty najpierw na Facebooku była dla mnie kluczowa. Moje teksty miały większy zasięg, udostępniane nie ginęły i czasem dostawały drugie życie kilka tygodni po pierwotnej publikacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wiele zależy od profilu strony – moja oparta jest tylko na tekstach, więc to tekstami walczę o uwagę, a to mogę robić również na Facebooku. Ale myślę, że ta historia jest szalenie optymistyczna. Jeśli poczytamy różne poradniki, wpisy, artykuły na ten temat, to z tych treści układa się dość smutna wizja; ludzie nie czytają długich tekstów, koniecznie potrzebują obrazków, bez obrazków ani rusz, a najlepiej to jeszcze kolorowych nagłówków i gratulacji na koniec. To mi brzmiało trochę jak opis tego, jak zainteresować czymś stado kotów, a nie grupę inteligentnych ludzi. Rozumiem, że żyjemy w świecie, gdzie pływamy w ogromnych ilościach informacji, treści i obrazów, ale to nie oznacza, że zgłupieliśmy do reszty i da się nas zainteresować tylko zdjęciem kota z chlebem na głowie. Hej, ludzie wciąż czytają książki! I to takie bez obrazków i kolorowych nagłówków, i to takie naprawdę długie książki. Czytają, bo oprócz brokatu i kolorowej czcionki jest też inny, tajemny sposób na zwrócenie czyjejś uwagi i on nazywa się jakość.

Zatem inaczej się tworzy tekst na Facebook niż na bloga?

Tak, dla mnie samej pisanie tekstów z myślą o Facebooku jest ciągłym wyzwaniem, zachęca do kreatywności i nie pozwala na językowe lenistwo. Muszę wzbudzić zainteresowanie pierwszym zdaniem i potem nie zawieść w dalszych częściach tekstu, a każdego bohatera ubrać w taką sekwencję zdań, by nabrał i życia, i charakteru. Jeśli chciałabym opowiedzieć o tym, jak uroczym człowiekiem jest mój mąż, to oczywiście mogłabym wrzucić po prostu jego zdjęcie, żeby wszyscy mogli to zobaczyć na własne oczy. Ale to byłoby z mojej strony lenistwo i pójście na łatwiznę. A poza tym trudno mi oczekiwać od innych zainteresowania zdjęciem obcego dla nich faceta. W zamian mogę napisać, że mój mąż jest skrzyżowaniem labradora z koalą i to w gruncie rzeczy przekazuje znacznie więcej treści niż zdjęcie, uruchamia wyobraźnię, wzbudza reakcje.

Komentarze czytelników to wyłącznie źródło radości czy również stresu?

Cieszę się, że o to spytałaś, bo komentarze na mojej stronie są czymś, z czego jestem najbardziej dumna. Nie tylko dlatego, że ludzie chętnie je piszą, ale też dlatego, że chętnie się nawzajem czytają. Wielokrotnie widziałam, gdy ktoś pisał o mojej stronie i dodawał: „polecam również komentarze”. Raz zapisałam nawet jeden z takich dopisków, tak bardzo mi się spodobał. Ktoś napisał, udostępniając mój tekst: “Bardzo zabawnie napisane, podobnie jak komentarze. Jak to miło poczytać obcych mi osobiście, a tak dowcipnych i inteligentnych mi ludzi”. To jest tak bardzo prawdziwe! Dzięki takiemu zaangażowaniu teksty mają dwa życia – pierwsze tuż po publikacji i drugie, gdy ludzie dopisują do nich własne historie, przemyślenia, często piekielnie inteligentne i zabawne. Zdarza się, że pojedynczy komentarz pod moim tekstem jest tak dobry, że sam w sobie zdobywa kilkaset polubień i kilkadziesiąt odpowiedzi. Uwielbiam to, bo gdy czytam, jak ludzie rozmawiają ze mną i ze sobą nawzajem, to widzę, że hej, nie jest źle! Że gdzieś tam w świecie jest całkiem spora liczba bardzo mądrych i pozytywnych ludzi. Często powtarzam, że gdyby cała #DrużynaJanina zamieszkała razem na bezludnej wyspie, to stworzylibyśmy razem najmilsze państwo na świecie.

Niemniej, gdy tekst jest trochę bardziej prowokacyjny, to tak, czasem boję się odzewu. Hejt, agresywne i głupie komentarze po prostu usuwam, ale żeby to zrobić najpierw muszę je przeczytać, a w tym nie ma nic przyjemnego. Czasem, gdy ktoś odpowiada na czyjś komentarz w sposób, który nic nie wnosi do dyskusji, a ma na celu tylko kogoś obrazić lub sprowokować, to też go usuwam. W miarę możliwości chcę by Janina Daily była miejscem, gdzie nikt nie musi bać się, że zostanie obrażony za to, kim jest i co uważa. Gdzie przychodzi się tylko po dobre emocje.

W Twoich tekstach jest masa autoironii. Czy nie przekraczasz przypadkiem granicy fałszywej skromności? Bo z jednej strony troszkę się kreujesz na taką bardzo sympatyczną życiową pokrakę, a z drugiej masz poważną pracę (w której jesteś doceniana), jak również mniej poważną (w której również jesteś doceniana), udany związek, itd.

Myślę, że ta autoironia w ogóle nie wyklucza doceniania siebie. Jak każdy mam obszary, w których czuję się mocna i takie, w których generalnie uskuteczniam festiwal porażek, i to byłyby głównie wszystkie moje występy na siłowni. No trudno, już dawno skreśliłam z mojej listy marzeń nagranie własnej płyty DVD z ćwiczeniami na brzuch, pośladki, uda. Ale wiem też, że są rzeczy, w których jestem dobra – na przykład myślę, że w byciu żoną jestem dobra. I w byciu nauczycielem. Kiedyś to nawet dostałam medal dla Nauczyciela Roku, taki najprawdziwy medal, do dziś go noszę codziennie na szyi, żeby ludzie myśleli, że coś w życiu przebiegłam. Niemniej to, że generalnie czuję się mocna w uczeniu, nie zmienia faktu, że czasem mi nie wychodzi – że nikt się nie śmieje z moich przezabawnych dowcipów…

Nie!

…albo akurat nikt mnie nie słucha, bo wszyscy oglądają film na YouTubie o kozie przebranej za księżniczkę. Każdy ma swój sposób na zarządzanie rzeczywistością, mnie akurat pomaga dystans. Oczywiście mogłabym w takich momentach uznać, że życie się skończyło – zalać się łzami jak grochy, położyć do pedagogicznej trumny, złożyć wypowiedzenie, a potem do końca życia mieszkać w piwnicy u rodziców i wycinać sobie przyjaciół z kartonu po mleku. Ale wolę inaczej – wolę spojrzeć na tę sytuację z odległości, rozłożyć ją na czynniki pierwsze, wyłuskać te najzabawniejsze, najbardziej kolorowe elementy, a potem złożyć tę historię od nowa, na moich warunkach.

Oczywiście nie jestem superbohaterem rzeczywistości, jak każdy czasem ten dystans tracę, czasem reaguję na niektóre sytuacje niewłaściwie lub zbyt pochopnie. Czasem przydarzają się też historie, w których nie ma nic zabawnego, pełnią zupełnie inną funkcję. Zostawiam je dla siebie, z daleka od bloga. Nie sądzę, by to było dla kogoś zaskoczeniem. Myślę, że mam na tyle mądrych czytelników, że doskonale wiedzą, że facebookowe statusy, blogi i wszelkie treści w internecie, pokazują tylko skrawek rzeczywistości i to najczęściej ten, którym akurat chcemy się podzielić. Ja akurat chce się dzielić tym, co sprawi, że inni się uśmiechną lub poczują dobrze.

Lepiej bawisz się na spotkaniach blogowych czy na konferencjach akademickich?

Ja się wszędzie dobrze bawię, serio! Nawet ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy jest jakieś takie miejsce, jakaś sytuacja społeczna, która nie ma w sobie ani krzty potencjału na dobrą historię. Myślę, że nie ma – tam gdzie są inni ludzie, tam zawsze jest jakaś dynamika, a więc i emocje, a te już są naturalnym klejem wszelkich opowieści. Ja wszelkie konferencje, spotkania i miejsca publiczne lubię właśnie za ten potencjał – tam wydarza się jednocześnie tysiące mikrohistorii. Najpierw trzeba je zauważyć, potem opisać.

 Jak Ci się podobało na Blog Forum?

Bardzo. Choć przyznam się, że po otrzymaniu zaproszenia wahałam się, czy jechać. Trochę przerażał mnie rozmiar tej imprezy – całe mnóstwo ludzi, z których nikogo nie znam, a ja przecież nie uważam się za labradora interakcji społecznych. Nie miałam pojęcia, czy ktokolwiek mnie czyta i będzie wiedział, kim jestem, czy znajdę tam dla siebie miejsce. Pojechałam, bo mąż mnie zmusił. No i – uwaga, zaskoczenie – okazuje się, że jednak czasem warto słuchać męża. To były zupełnie szalone dwa dni, absolutnie fantastyczne – mnóstwo pozytywnych ludzi, dobrych emocji. Było mi tam bardzo dobrze, z niecierpliwością czekam na kolejny rok.

Widziałam po wpisach, że wiele osób jechało tam m.in. po to, żeby Cię poznać. Czy też miałaś osoby, na które tam czyhałaś?

 No nie, myślę, że w tym jest sporo przesady – niektórzy rzeczywiście cieszyli się na to, że będę, co oczywiście było bardzo miłe i dodało mi śmiałości, ale to raczej był taki dodatek do ich planów związanych z Blog Forum Gdańsk.

Przed BFG nie znałam nikogo z internetowego świata, to znaczy – nie osobiście. Niemniej były osoby, z którym łączyły mnie już dobre emocje i było mi do nich blisko. Pół roku temu mój fanpejdż miał 500 fanów, po dwóch latach istnienia. Teraz jest nas ponad 21 000 i wciąż rośniemy, ale to by się nie zdarzyło, gdyby w pewnym momencie ktoś nie przedstawił mnie szerszej publiczności. Najpierw była to Michalina z brawurowego bloga “Krystyno, nie denerwuj matki” – gdy udostępniła jeden z moich tekstów, to tego samego dnia przybyło mi 2000 fanów. Sytuacja powtórzyła się kilka tygodni później, gdy inny mój tekst polecił Paweł Tkaczyk. Potem to już istne szaleństwo.  Nie znaliśmy się wcześniej, nawet internetowo, a jestem im obojgu bardzo wdzięczna, więc cieszyłam się, że BFG będzie okazją, by poznać się osobiście. Z Pawłem to się udało, z Michaliną niestety nie, ale mam nadzieję, że wkrótce.

Czujesz się częścią blogosfery jako grupy?

Ja na własny użytek definiuję blogosferę jako miejsce, w którym spotykają się ludzie, którzy tworzą w jakikolwiek sposób – piszą, rysują, nagrywają – i robią to spójnie, systematycznie, wedle jakiegoś planu i pomysłu. Już nie na zasadzie: a skrobnę od czapy parę zdań na kartce wyrwanej z zeszytu, a potem pokażę mamie i będę oczekiwał dokładki deseru w nagrodę. I w tym sensie tak, czuję się częścią blogosfery.

Czy postrzegasz Janina Daily jako sposób – teraźniejszy lub przyszły – na zarabianie?

Zaskakująco dużo osób mnie o to pyta – i tych czytających, i tych blogujących. Gdy jedynie czytałam blogi nie miałam nic przeciwko rozsądnym współpracom komercyjnym i w tej chwili, gdy jestem po drugiej stronie, też tego nie wykluczam. Niemniej jest to dla mnie zupełnie nowy temat, w obrębie którego muszę się jeszcze bardzo wiele nauczyć i w związku z tym poruszam się po tych zagadnieniach ostrożnie.  Tak żeby w momencie, gdy do takiej współpracy dojdzie, wszystkie strony, to jest czytelnik – marka – Janina, były z tej współpracy zadowolone. Żeby nikt nie poczuł się zawiedziony, że przychodzi poczytać Janinę, a tu na twarz rzuca mu się grająca reklama mydła albo gorzej – zdrowego stylu życia. Na szczęście obecnie w sieci można znaleźć tak wiele przykładów wartościowych, kreatywnych, przemyślanych współprac, że wiem, że jest to możliwe.

Jakbym była producentem batoników i chciałbym, żebyś lokowała mój batonik w tekstach – podjęłabyś się takiego zadania?

Akurat węglowodany lokuję w tekstach jak opętana, bo  jedzenie jest dobre, miłe i to jest przyjaźń na całe życie. Lokuję całkiem skutecznie – na Instagramie pod hashtagiem #DrużynaJanina moi czytelnicy wrzucają zdjęcia swoich ulubionych węglowodanów. Może być tak, że Światowy Związek Dietetyków mnie nienawidzi.

Masz w planie książkę? Zdecydowanie kupiłabym Twoją książkę! A rzadko to mówię blogerom.

Wszystko wskazuje na to, że to się uda. Ale nie chcę obiecywać żadnych terminów, nawet i przybliżonych, bo to wciąż dla mnie ogromna radość, ale też niedowierzanie. Nigdy nie myślałam, że ktokolwiek zaproponuje mi wydanie książki, więc teraz, skoro już tak się zdarzyło, chcę to wykorzystać jak najlepiej potrafię. Dać i sobie, i książce czas, tak żeby, gdy już się pojawi, nie rozczarować tych, którzy na nią czekają. Żeby nikt po przeczytaniu nie stwierdził, że mój boże, pieniądze w błoto, lepiej już było kupić sobie czteropak browarów i paczkę kokosowych draży. No, taki właśnie mam właśnie cel, oto moje plany rozwoju osobistego: napisać książkę, która będzie lepsza od czteropaku browarów i paczki kokosowych draży. Dream big, jak to mówią.

 Oprócz bloga i Facebooka prowadzisz też konto na Instagramie. Będziesz dalej próbować nowych rzeczy?

Ostatnio założyłam też Twittera!!! Ja generalnie nie lubię żadnych definitywnych stwierdzeń, bo ja tylko dwa razy w życiu byłam czegoś stuprocentowo pewna – raz, gdy poznałam Wojtka i pomyślałam sobie, że ten mężczyzna zostanie moim mężem, no i wtedy jak pani w IKEI spytała mnie ostatnio, czy nie chcę większej porcji klopsów. Na razie nie mam żadnego sensownego pomysłu na własne występy na YouTubie i dlatego mnie tam nie ma. Ale może kiedyś coś ciekawego wymyślę, kto wie.

 A czy zlitowałaś się nad Wojtkiem i ma już te Play Station 4?

Wojtek ma nowy procesor i mu teraz małpa szybciej skacze w grze. Jest bardzo szczęśliwy.

 

46 I like it
0 I don't like it
Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest