Wywiad: Pani Swojego Czasu - Ola Budzyńska

psc1

Jeśli zraziłaś się już do planowania celów na Nowy Rok, jeśli co roku próbujesz je sobie wyznaczać, lecz rezultatów brak lub jeśli wymiatasz w ich realizowaniu, ale w tym roku chcesz zrobić to jeszcze lepiej – posłuchaj, co ma na ten temat do powiedzenia profesjonalistka.

FOLLOWER: Planowanie celów na nowy rok proponujesz zacząć od rozliczenia się z rokiem starym. Dla większości to nie jest najmilsze zadania, prawda? Nieprzebiegnięte maratony, niezrzucone kilogramy i nieprzeczytane książki… Musimy się tak katować?

OLA BUDZYŃSKA: W tym rozliczpsc1aniu się ze starym rokiem nie chodzi o katowanie. Na czym zależy ci w nowym roku? Jeśli chcesz dalej żyć we mgle i byle jak planować, byle zaplanować, „bo wszyscy to robią” – nie rozliczaj się. Rób sobie dalej byle jak i po łebkach. Jeśli natomiast poważnie myślisz o zmianie i poważnie traktujesz swoje życie, spojrzenie na zeszły rok jest pierwszym etapem monitorowania zmian. Niestety, i w monitorowaniu, i w szacowaniu jesteśmy – szczerze mówiąc – beznadziejni; wszystkie badania wskazują, że ludzie są przekonani, że jedzą mniej, niż naprawdę jedzą, i ruszają się więcej niż w rzeczywistości. Zauważam to u swoich klientek. Jedną z moich usług jest całodzienna obserwacja, czyli właśnie monitoring. Każda aktywność jest rejestrowana, nagrywana i mierzona. Kobiety często są w szoku, gdy analizują moje podsumowanie, jasno pokazujące, ile czasu przeznaczyły na poszczególne aktywności. Rozliczenie nie jest więc katowaniem siebie, lecz punktem startu, początkiem. Skoro w minionym roku miałam super ambitne plany i zrealizowałam z nich zaledwie jedną setną, to sygnał, by w tym roku podejść do sprawy realnie i zaplanować dużo mniej.

FOLLOWER: Zauważyłam, że obecnie nader często w wywiadach pada lista inicjatyw, w których bierze udział rozmówca, a następnie pojawiają się pytania: „Jak ty to wszystko godzisz? Jak znajdujesz na to czas?”. Obiecuję sobie, że nie będę już o to pytać, ale potem po raz kolejny ktoś zaskakuje mnie swoją efektywnością. Ty znowu podwyższasz poprzeczkę. Prowadzisz dwa blogi, nagrywasz podcasty i webinaria, piszesz e-booki, posiadasz sklep internetowy, właśnie wydałaś autorski planer. Udzielasz się na stronach okiemtrenera.pl i uczestniczysz w cyklu spotkań „Babinarium” na YouTube”. Jesteś mamą dwójki dzieci, z których jedno ma cukrzycę i wymaga specjalnej, czasochłonnej opieki. Idę o zakład, że o czymś zapomniałam…?

OLA: Tylko o tym, że jeszcze maluję, wspinam się i uwielbiam grać w gry planszowe z mężem  A z tym pytaniem zgodzę się – w każdym wywiadzie i podczas każdego spotkania jestem o to pytana i zawsze odpowiadam tak samo: „Ja nie robię wszystkiego”. Do głowy by mi nie przyszło, żeby robić wszystko i jeszcze się tym chwalić. Jestem przeciwniczką zwrotu „wszystko jest kwestią organizacji”, bo jest to nieprawda i na dodatek wpędza kobiety w wyrzuty sumienia.

Ale po kolei: w życiu prywatnym razem z mężem wspólnie ustalamy priorytety i na szczęście są one takie same. Wygłupy z dziećmi ZAWSZE wygrają z porządkami. Kiedyś się o to kłóciliśmy, bo jednak porządki czasem trzeba zrobić, doszliśmy jednak do porozumienia i zatrudniliśmy panią do sprzątania.

Jesteśmy parą, która ma głęboko w nosie opinie innych ludzi, więc nie robimy całej masy rzeczy, które inni robią tylko po to, by zyskać opinię. Na przykład nie prasujemy, bo prasowanie uważamy za stratę czasu, i choć możemy uchodzić za totalnych dziwaków – nie jest to dla nas żaden problem.

Dodatkowo w życiu jesteśmy partnerami – dzielimy się wszystkimi obowiązkami. Ze względu na chorobę Jasia posiłki jemy 5 razy dziennie o stałych porach, zawsze przygotowując je na zmianę. Na zmianę również kąpiemy i usypiamy chłopaków. Wszystkie obowiązki dzielimy na pół, więc nie jest tak, że „cały dom na mojej głowie” (co wciąż słyszę od kobiet).

W pracy zawodowej stosuję te same zasady; robienie wszystkiego jest bez sensu. Skupiam się na tym, co naprawdę ważne. Choć na blogu paniswojegoczasu.pl wiele kwestii wymaga poprawy, nie jest to priorytet w moim biznesie, więc czekają na lepsze czasy.

Wszystkie zadania, w których ja się nie realizuję i nie spełniam, których nie lubię, których nie umiem (lub nie chcę się nauczyć) – deleguję komuś, kto wykona je szybciej i lepiej niż ja 🙂

Oczywiście stan, który opisałam, jest stanem z teraz. Obecnie posiadam cały zespół ludzi do pomocy: asystentkę, korektorkę, dziewczynę wykonującą transkrypcje, facetów od bezpieczeństwa wordpressowego, od edycji audio, wideo itp. Ale gdy w przeszłości, nie mając zespołu do pomocy, rozwijałam swój biznes, również nie robiłam wszystkiego sama. Dlaczego? Dlatego, że nie robiłam wszystkiego. Skupiałam się na tym, by zrealizować to, co zaplanowałam, zgodnie z moim mottem, że „Zrobione jest lepsze od doskonałego”. To dzięki takiemu podej- ściu (jestem o tym głęboko przekonana!) po 1,5 roku funkcjonowania PSC osiągnęłam to, co mam teraz.

FOLLOWER: Jak przy takiej liczbie codziennych, cotygodniowych i comiesięcznych obowiązków znaleźć miejsce na realizację celów?

OLA: Twoje pytanie jest idealnym przykładem odwrócenia kolejności i przekonaniem, z jakim borykają się kobiety. Nie jest tak, że mając milion obowiązków, jednocześnie musimy realizować jakieś
cele. Nasze obowiązki i zadania powinny wynikać z naszych celów! Nasze cele nie realizują się dzięki magicznym postanowieniom, cudownym zapisom w kalendarzu itp. Nasze cele realizują się poprzez codzienną pracę. Zasada realizacji celów jest prosta: wszystkie zadania przybliżające cię do realizacji celów mają pierwszeństwo przed tymi, które tego nie robią.

FOLLOWER: Nasze doby mają identyczne długości (tak słyszałam). Czy możliwe, że niektóre osoby (jak na przykład ja) są skazane na niewyrabianie się, a inne (na przykład Ty) są w stanie zrobić milion rzeczy i ze wszystkimi zdążyć?

OLA: Oczywiście, że tak. Ale nie z powodów, o których myślisz. Kobiety, patrząc na inne kobiety, które w ich opinii radzą sobie doskonale i robią dużo więcej, odczuwają wyrzuty sumienia i niepokój; uważają, że pewnie coś jest z nimi nie tak, skoro robią mniej. Zupełnie nie patrzą na różnice i wynikającą z tych różnic sytuację. Nie można porównywać matki trójki dzieci, posiadającej również pracę na etat, z samotną studentką. Tak odmienne wymiary trzeba oceniać inną miarą. Poza tym dochodzi kwestia naszego indywidualnego wyboru. Ostatnio znajomy biznesmen pokazywał mi, jak wyglądałaby PSC, gdybym pracowała 10 godzin dziennie. Krótko mówiąc – znajdowałabym się kosmicznie daleko od miejsca, w którym jestem teraz, zarabiając grube pieniądze. Ale po jaką cholerę miałabym to robić? Jeśli ktoś chce pracować 10 godzin, to jego sprawa i nic mi do tego. Ja nie zamierzam w ten sposób spędzić życia . Chcę mieć święty spokój. Patrząc więc na kobiety, które robią dużo, spytaj sama siebie, czy to faktycznie twój świat i czy chcesz, by tak właśnie wyglądał 

FOLLOWER: Co zrobić, jeśli pragniemy bardziej radykalnej zmiany w swoim życiu? Często stajemy się więźniami fatalnych pętli. Nasza praca nas nie satysfakcjonuje,
ale jest tak czasochłonna, że nie mamy czasu znaleźć nowej, poza tym finansowo nie możemy pozwolić sobie na ryzyko. Albo mamy za dużo klientów jak na nasze możliwości, a za mało na zatrudnienie pracownika… Często słyszymy, jak ludzie skarżą się na tego typu sytuacje. Czy jest jakaś uniwersalna rada, jak nareszcie – np. w roku 2016 – zrobić milowy krok, który pozwoli nam wykaraskać się z unieszczęśliwiającej sytuacji życiowej?

OLA: Ach, no i znowu kobiece postrzeganie zmian. Albo milowy krok, albo nic. Milowego dystansu nie pokonuje się jednym skokiem, lecz tysiącem małych kroków. W podobny sposób dokonujemy zmiany. Niestety, większość z nas chciałaby tej zmiany już, teraz, natychmiast. Jest to, oczywiście, możliwe; bywają jednostki – znam ich niewiele – które z dnia na dzień rzucają wszystko i zmieniają swoje życie (sama byłam jedną z nich), jednak większość kobiet dokonuje zmian małymi krokami – łatwiej wtedy zobaczyć, że wiele kwestii, które sobie wmawiamy, to tylko
wymówki.

Przekonujemy siebie, że nie mamy czasu na szukanie nowej, fantastycznej pracy, bo obecna zabiera nam cały czas. Ok, pewne nie masz dwóch godzin dziennie. No to może pół godziny? Też nie. W takim razie 5 minut…?. Zdecyduj już, teraz i natychmiast, że codziennie, zaczynając od dzisiaj, o określonej godzinie będziesz wykonywać określone czynności (to muszą być konkrety, oczywiście) w kierunku znalezienia nowej pracy. Przez 5 minut. Nie wmówisz mi, że nie masz 5 minut. Ba! Poobserwuję cię przez cały dzień i znajdę pełną godzinę, którą mogłabyś poświęcić na dokonywanie zmian w swoim życiu!

FOLLOWER: Jaki jest Twój stosunek do tak zwanych kobiet „nieogarniętych”, roztrzepanych? Wkurzają Cię czasem?

OLA: Nie, zupełnie nie, choć były czasy, gdy doprowadzały mnie do szału. Kobiety mające problem z organizacją czasu według mojej prywatnej klasyfikacji dzielą się na dwa typy: te – jak je nazwałaś – „nieogarnięte”, które często po prostu nie wiedzą, jak się ogarnąć (zwyczajnie brakuje im wiedzy w tym temacie) oraz te „nadogarnięte”, czyli takie, które mają zaplanowany kalendarz co do minuty, a jak plan się posypie, to następuje koniec świata.

Kiedyś byłam właśnie taka „nadzorganizowana”, co powodowało, że osoba roztrzepana wzbudzała we mnie agresję, ponieważ stanowiła potencjalne zagrożenie dla powodzenia mojego planu. Dodatkowo miałam chęć „naprawiać” tę osobę i udowadniać jej, że się da, co – oczywiście – nie działało i wywoływało dodatkową frustrację. Teraz te różnice przyjmuję jak każde inne – ty jesteś blondynką, a ja szatynką.

FOLLOWER: Czy nie jest tak, że z racji tego, czym się zajmujesz, spada na Ciebie większa presja, żeby nadążać?

OLA: Oczywiście, że tak, tyle że jest to presja zewnętrzna mniej lub bardziej bezpośrednia. Często dostaję mejle z pretensjami, że nie odpowiedziałam na wiadomość w ciągu godziny, bo przecież Pani Swojego Czasu chyba powinna mieć na to czas, prawda? Otóż nie; PSC, jak każda inna kobieta, nie ma czasu na wszystko, lecz ma czas na ważne dla siebie sprawy. Presja zewnętrzna nie jest dla mnie ani motywująca, ani rozwijająca, więc zupełnie się nią nie przejmuję.

FOLLOWER: Czy Tobie przydarzyła się kiedyś chwilę załamania pt. „Za dużo tego wszystkiego, nie nadążam…”?

OLA: Tak, zdarzają mi się takie chwile. Jestem tylko człowiekiem. Już dawno jednak zdążyłam się zorientować, że nie wynikają one z nadmiaru obowiązków (bo na to zwyczajnie nie pozwalam), lecz z braku regeneracji – brak snu, brak relaksu i brak relacji z bliskimi nam ludźmi powodują, że zaczynamy panikować z powodu tak banalnych spraw, jak niezrealizowane zadania. Poza tym choroba mojego syna codziennie przypomina mi, co tak naprawdę jest moim priorytetem. Sytuacja nie do ogarnięcia jest wtedy, gdy w żaden ludzki sposób nie mogę zapanować nad poziomem jego cukrów i wisi nad nami pobyt w szpitalu.. Niezrealizowane zadania przy tym to naprawdę drobiazg.

FOLLOWER: W rozmowach na temat organizacji często pada słowo „perfekcjonizm”. Małgorzata Rozenek zaleca nam perfekcyjne prowadzenie domu, gazety – perfekcyjnie ułożone włosy, a reklamy kremu obiecują perfekcyjną cerę. Ty nie przyjaźnisz się z perfekcjonizmem. Co w nim złego?

OLA: Nienawidzę perfekcjonizmu! I nie znoszę, gdy ludzie się nim chwalą! Nie chodzi o to, że nie lubię dobrze wykonanych zadań. Lubię. I robię wszystko, co w mojej mocy, by takie były, ale nigdy nie dążę do doskonałości kosztem efektywności. To właśnie perfekcjonizm powoduje, że nasze plany pozostają nierealizowane, bo albo postanawiamy je zrealizować na 100%, albo wcale. Albo schudnę 50 kilogramów, albo nie warto się ruszać. Dokonam mega olbrzymiej zmiany w życiu, tak że świat padnie na kolana, albo w ogóle nie zejdę z kanapy. A że zmiany rzadko kiedy powodują, że świat pada na kolana, raczej z tej kanapy nie schodzimy. Moje motto więc brzmi: „Zrobione jest lepsze od doskonałego”. Wolę coś zrobić najlepiej, jak umiem w danym momencie – ale zrobić i być krok do przodu – niż tkwić w tym samym miejscu, dbając o to, by było perfekcyjne.

FOLLOWER: Mimo mody na slow life wciąż jeszcze wypada być niezwykle zapracowanym. Dlaczego tak bardzo lubimy licytować się tym, kto ma mniej czasu, mniej sypia, wypija więcej kaw?

OLA: Szczerze? Moda na slow life jest bardziej widoczna w blogosferze i na Instagramie. W zwyczajnym życiu pracowanie w mniejszym niż inni wymiarze godzin wciąż nie jest uważane za normalne. Mając już Panią Swojego Czasu, ale prowadząc jeszcze szkolenia dla korporacji, w pewnym momencie zorientowałam się, że nie mogę wspominać, ile godzin dziennie pracuję (około 5), bo wzbudza to zwyczajną agresję.

Myślę, że ludzie zasłaniają się pracoholizmem, bo wpadli w pewne błędne koło. Pracują tak dużo, że w ich życiu nie ma już czasu na nic innego, więc czym mogliby się pochwalić? Ja tego nie robię i w swoim otoczeniu nie pozwalam na to innym, w tego rodzaju sytuacjach zawsze pytając: „Dlaczego się tym chwalisz? Czy to dla ciebie powód do dumy, że zaharowujesz się na śmierć?”.

FOLLOWER: Przy okazji Twoich rozliczeń ze starym rokiem wspominasz, że nie lubisz, kiedy ilość czasu poświęconego na pracę stanowi o wysokości zarobków. Myślę, że to bardzo rzadkie podejście. Czy mogłabyś rozwinąć tę tezę?

OLA: Tak, w naszym kraju to wciąż dosyć rzadkie pojęcie. Przeważający model pracy zakłada, że nasze obowiązki są wyliczane na godziny lub dni. Idąc tym tokiem myślenia, im więcej pracujesz, tym więcej zarabiasz. Jeszcze jakiś czas temu też tak funkcjonowałam, prowadząc szkolenia i jeżdżąc po całej Polsce. Moją stawką była określona kwota za dzień szkoleniowy, więc droga do zwiększenia zarobków okazywała się prosta – zwiększenie liczby dni szkoleniowych. Ale to przecież droga donikąd, bo ileż mogę pracować?

Dlatego w strategii rozwoju PSC bardzo dbam o to, by znów nie wpaść w tę pułapkę. Osobisty kontakt ze mną (konsultacje indywidualne lub szkolenie) to moje najdroższe godziny, bo wtedy płacisz za mój czas. A jest on dla mnie bardzo cenny. Dlatego organizuję webinary, w których uczestniczą tysiące kobiet . Dlatego organizuję kursy online – w ich realizację wkładam wysiłek raz, podczas tworzenia kursu, oraz ponownie – przy ewentualnych poprawkach, jednak sama liczba sprzedanych kursów może być nieograniczona.

FOLLOWER: Wydaje się, że najsilniej wchodzisz w interakcje ze swoimi czytelniczkami w grupie na Facebooku. Sama wiem, że rozwiązania, które proponujesz (np. poniedziałek dniem planowania, piątek dniem raportowania) skutecznie motywują do mądrego zarządzania czasem. A co prowadzenie grupy daje Tobie?

OLA: Kontakt z Paniami Swojego Czasu z całej Polski (i nie tylko). Jakby na to nie patrzeć, mój biznes jest online i – jak każdy człowiek – potrzebuję kontaktu z innymi. Dodatkowo dzięki grupie zauważam efekty moich działań. Szczerze mówiąc – nic nie motywuje mnie bardziej do pracy niż wpisy kobiet, które udowadniają, że zorganizowały swoje życie od nowa.

FOLLOWER: Większość Twoich aktywności związanych z zarządzaniem czasu jest kierowana do kobiet. Czy panie potrzebują innych metod niż panowie?

OLA: Paradoksalnie panie często potrzebują spojrzenia, które panowie mają w naturze. Na przykład śmiejemy się z facetów, że podczas oglądania meczu nie umieją skupić swojej uwagi na czymś innym. To jest niesamowicie pożądane zjawisko, jeśli chcemy budować swoją efektywność – skupianie się na jednej sprawie i doprowadzenie jej do końca. My, kobiety, uwielbiamy chwalić się swoją wielozadaniowością, która powoduje, że pod koniec dnia czujemy się urobione po łokcie, bo zaczęłyśmy milion spraw, ale żadnej nie skończyłyśmy.

Dodatkowo mężczyźni inaczej podchodzą do priorytetów. Mniej uwagi poświęcają bzdurom, które w przypadku kobiet urastają do rangi końca świata. Przysłowiowe wyrzucenie śmieci staje się dla nich równie ważne jak odpowiednie wychowanie dzieci, pokój na świecie i stabilność finansowa. A nie powinno być.

 

Wywiad przeprowadziła: Ola Kozicka

0 I like it
0 I don't like it
Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest