„YOUTUBERZY, KTÓRZY STWORZYLI Z DZIECI BEZROZUMNYCH ZOMBIE” - CZYLI KOLEJNA ODSŁONA NIEISTNIEJĄCEGO PROBLEMU

yt

„YouTuberzy, którzy stworzyli z dzieci bezrozumnych zombie. Hejt sposobem na biznes. Jest grupa vlogerów, lub jak kto woli, youtuberów, którzy z agresji, hejtu oraz sadyzmu i wulgaryzmów uczynili sobie sposób na życie. (…) Autorytety decydujące o tym, co dobre, co złe. I co się liczy w życiu. Vlogerzy, współcześni władcy much.”

Maria Suchodolska, GazetaPrawna.pl

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie zacytowany na początku artykuł, który prezentuje dość jednostronną opinię o tym, co dzieci robią w Internecie. Autorka opisuje, w jak złym kierunku idą zmiany w młodzieżowym Lingua Franca oraz jak wszelkie otumaniające treści są pochłaniane i powielane przez młodych. Zgadzając się z faktem, że nie wszystko złoto, co ma dużo subskrypcji, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że artykuł w Gazecie Prawnej jest tendencyjny. Tak to już z rozprawianiem nad kulturą bywa, że jeśli będziemy badać jakieś zjawisko wystarczająco długo – i weźmiemy pod uwagę wyselekcjonowaną ilość zmiennych – to prędzej czy później znajdziemy jakiś model zachowań, przyczyn i skutków, jak również mnogość dowodów na prawdziwość danej tezy. Wydaje się, że tego właśnie w swoim artykule dokonała pani Suchodolska. Na szczęście Internet to nie tylko filmy z wyzwiskami i wulgaryzmami. Ten ogromny agregat treści jest na tyle pojemny, że pomieści zarówno materiały edukacyjne, pomoże zabawie lub pogłębianie zainteresowań, jak również pozwoli na bezproduktywne oglądanie jeży w kąpieli. Każdy może być tak samo odbiorcą, jak i autorem, więc  – jak wielu nas już nauczyło oglądanie Zapytaj Beczkę – winniśmy „szanować ludzi o odmiennym stanowisku od naszego”.

 Niecne Internety!

„Szkieletory są straszne. A wiecie, co jeszcze jest przerażające? Nastolatki!” – Michael Stevens, VSause

Po pierwsze, zastanawiające jest, skąd bierze się taka wybiórczość i przekonanie co do tego, że nowe media niszczą młode umysły. Odpowiedź można znaleźć na… YouTubie, a dokładniej na kanale poświęconym w zadzie wszystkiemu, co interesujące: VSause. Prowadzący Michael w końcu wytłumaczył, dlaczego kiedyś było lepiej, dlaczego „nasze” zabawki były lepsze od „nowoczesnych” zabawek, i dlaczego „ta dzisiejsza młodzież” jest jakaś dziwna i niedojrzała. Rozchodzi się o subiektywność wspomnień. Na konkretnym etapie życia pewne wspomnienia wydają się trwalsze, znaczące. Obóz w Rabce, mimo iż trwał dwa tygodnie, w naszej pamięci wydaje się być niekończącą się przygodą. Jest na linii życia określona ilość lat, w których po prostu odczuwamy wszystko mocniej – film, książka lub wiersz może zmieniać światopogląd. Jest to czas, w którym wydaje nam się, że możemy zmienić a premiera płyty ulubionego artysty była wydarzeniem godnym świętowania z należytą czcią. Przez to właśnie tak niespójne z rzeczywistością są stopklatki wspomnień. Zjawisko, mimo iż tyczyło się osób już dorosłych, zostało zaprezentowane w filmie trzech odsłon The Dissaperance of Eleonore Rigby: Him/Her/Them. Po latach zaczyna nam się wydawać, że nowe nie zawsze znaczy lepsze, i podejmujemy generacyjne polowanie na czarownice.

 Kiedyś to były czasy…

Spłycanie całego kontentu sieci do studium przypadku Gimpera i Hajsowników wydaję się objawem mechanizmu zwanego z angielska „Juvenoia”. Fenomen lęku przed młodzieżą został tak nazwany przez socjologa Davida Finkelhora i w dużym skrócie, jest jedną z przyczyn tak częstego narzekania na „tę dzisiejszą młodzież.” Każda generacja to przerabiała, nie ma przed tym ucieczki: już Arystoteles pisał o tym, jacy to niewychowani są jego uczniowie. A czemu tak lubimy oceniać i mówić, że „za moich czasów, to było tak a siak?” Historia lubi zataczać koło ale podczas całej tej drogi możemy wyróżnić 4 etapy: Wyż, Przebudzenie, Rozwikłanie oraz Kryzys, po którym wracamy do fazy pierwszej. Po raz kolejny przy pomocy kanału VSause, pozwolę sobie na zaprezentowanie tej teorii na przypadku Stanów Zjednoczonych tuż po Wojnie Secesyjnej, czyli w tak zwanym Wieku Pozłacanym. Społeczeństwo amerykańskie stabilizuje się po wieloletnich bitwach, odzyskuje równowagę, współgra i idzie na kompromisy obyczajowe dla dobra ogólnego: okres można nazwać Wyżem, czas około dwudziestu lat, w którym lud zgadza się na obranie wspólnego celu i drogi do jego dążenia. Zaraz po tym następuje faza Przebudzenia, Era Progresywna, podczas której rosnąca w liczbach klasa średnia nawoływała do reform i zmian w skorumpowanym już systemie, co prowadzi do kolejnego etapu – Rozwikłania. Wtem do głosu dochodzą moraliści, którzy na przykładzie Szalonych Lat Dwudziestych, wychodzą naprzód ze swoją wizją dobrych obyczajów i implementują np. Prohibicję. W międzyczasie dzieją się wojny – jedna z drugą – i nagle mamy Kryzys, podczas którego małostkowi malkontenci idą w dal, społeczeństwo po raz kolejny jest zmuszone działać wspólnie dla dobra ogółu, koło się zamyka kolejnym Wyżem, jakim były lata pięćdziesiąte… I zapętlam, i zapętlam… kolejne przebudzenia. W latach 90. walczono z grami pełnymi przemocy, w latach 80. nie wypowiadano się pochlebnie o MTV i emanującej seksem Madonnie – i tak odliczać możemy aż do polskich punkrockowców, krzyczących do mikrofonu „ta ławka stoi tu, gdzie kiedyś stało ZOMO.” Ten system wciąż niczym GIF kończy się i zaczyna od nowa. Staje się naturalną koleją rzeczy. Niby nic nowego się w tej historii obyczajowości nie dzieje: Don Kichot zawsze znajdzie sobie jakiś Bogu ducha winny wiatrak.

Umowa o wspólne dzieło

Można powiedzieć, że dzisiejszy strach przed nowością wywodzi się z pewnej „społecznej subiektywności” połączonej z szybszym niż kiedykolwiek rozrastaniem się nowinek technologicznych. Treści zamieszczane w Internecie dla kogoś, kto nie był Dzieckiem Neo lub kogoś, kto nie umie szukać, mogą wydawać się poniżej krytyki. Pomimo mojej szczerej fascynacji siecią, muszę przyznać, że chciałabym, by kilka kanałów nie ujrzało światła dziennego, niemniej jednak takie też są i mają się dobrze. Według Paula Levinsona, autora książki „Nowe, Nowe Media” wynika to z tego, że w Internecie konsument staje się jednocześnie producentem treści. Fani Rezygiusza, chcąc aspirować do jego sukcesu, zachowują się jak Gonchak98 (nowa postać w produkcjach Krzysztofa Gonciarza), bo mogą, ale nikt nie musi ich oglądać do kotleta, podczas niedzielnego obiadu. Od tego są Pamiętniki z Ferii Zimowych lub inny scenariusz reality show.

Przewaga netu nad telewizją polega też na tym, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nieważne, czy wyszukujemy, jak się w średniowieczu wytapiało miecze, czy jaka praska jest najlepsza do  zmiękczania modeliny. Natomiast, podobnie jak i w telewizji, na głównej stronie YouTube pojawiają się nieliczni nagrywający. Przełożenie działalności Youtuberów i Vlogerów na sukces, wydaje się polegać nie tylko na umiejętnym zaprezentowaniu oryginalnych treści, ale także na szeroko pojętej i wielowątkowej kooperacji. Crossy wielu form były nawet w pewnym momencie modne na YouTubie, a ich dodatkowym atutem był element niespodzianki, gdy do współpracy podchodziły byty różnych światów: począwszy od zastępstw u Beczki, do kanału Z Dupy goszczącego Mówiąc Inaczej, poprzez wspólny film Cyber Mariana i Arleny Witt oraz wiele innych. Zaangażowanie obu kręgów fanowskich może się bezpośrednio przekładać na ilość wyświetleń oraz subskrypcji. Aktywność internetowa znacznie skraca dystans twórca-odbiorca. Zamiast „pani z telewizji, której wielki obiektywizm zapewne sprawia, że tak celne są pytania, lecz nie znamy wciąż tej pani zdania”, widzimy osobę z krwi i kości, do której możemy się zwrócić. Częściej niż rzadziej otrzymujemy informację zwrotną w czasie rzeczywistym, twórczy internetowi proszą widownię o pomysły na nowe filmy, odnoszą się do konstruktywnej krytyki. Na tym wydaje się polegać pierwsze pryncypium real time marketingu, a które to niemalże instynktownie jest egzekwowane w sieci, poprzez agregowanie pytań od widzów do QnA’s, wspólne let’s play’e lub chociażby zwykły kontakt na fanpage’u.

 Telewizja w Internecie, Internet w telewizji

Wracając do Pana Levinsona i jego książki: czy gdy pierwszy raz pisał o nowości nowszych mediów spodziewał się, że ten wciąż ewoluujący byt wejdzie kiedyś w cross… z telewizją publiczną? Gimbus Gonciarza zapewne powiedziałby zza grobu „pieniążki się skończyły”, a ja mówię: naturalna kolej rzeczy. Pojawianie się postaci internetowych w śniadaniówkach i na łamach TVP absolutnie nie odbiega od oryginalnego założenia robienia swojego po swojemu. Kolaboracja jest wpisana w zawód YouTubera, bo przy tysiącach subskrybentów ciężko powiedzieć, że tworzy się tylko dla siebie. O to właśnie chodzi, by robić coś dla innych, dla jak najszerszej publiczności i łączona produkcja nie ma nic wspólnego z oklepanym już parciem na szkło, a podpada już pod staropolskie przysłowie „ręka rękę myje”. Łączenie reprezentantów różnej sztuki także nie wydaje się nowością. W 1976 roku piosenkarka Irena Jarocka wystąpiła u boku Andrzeja Kopiczyńskiego w filmie Motylem jestem, czyli romans 40-latka, a w 2015 raper Tetris pojawił się w najnowszym odcinku u Maćka Dąbrowskiego. Serialowy Stefan Karwowski wręczał w wideoklipie pieśniarce czerwone kwiaty, Człowieka Wargi w teledysku hip-hopowym odgrywa swoją rolę. Powracając do historii kołem się toczącej, myślę, „ale to już było” i wróci nie raz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku znalazł się jeden taki, co uznał, że zapoczątkuje synergię dwóch pozornie niepasujących do siebie nurtów, jakimi były popkultura i sztuka wysoka, a na imię mu było Andy Warhol: artysta, celebryta, ekscentryk w srebrnej peruce. Był mistrzem w przekazywaniu swojej sztuki wieloma kanałami. Manufakturę swoich dzieł tłumaczył tym, że sztuka do tej pory była rozprowadzana w małej ilości egzemplarzy i tylko dla wybranych, a jego interesuje wpływ na skalę globalną. Masprodukował swoje odbitki, by każdy przeciętny człowiek mógł je we własnym domu mieć i zacząć zastanawiać się nad niezwykłością codziennych przedmiotów oraz rozmyślać o tym, jak graficznie estetyczna jest puszka zupy instant Campbell’s. Zdając sobie sprawę z mocy przebicia ówczesnych celebrytów, bezwstydnie wchodził z nimi w… crossy. Okrzyknięty sławą, obracał się wśród nowojorskiej bohemy, zaangażował w produkcję około 60 filmów, wypromował kolekcję ubrań, współpracował z grupą The Velvet Underground, imprezował z legendami kina, muzyki, telewizji, wydawał własną gazetę i przymierzał się do prowadzenia programu typu talk-show, a swoją pracownię zamiast tradycyjnie „Studiem” nazywał, bardziej adekwatnie „Fabryką”. Gdy dowiedział się, że wielki Picasso stworzył 4000 dzieł w ciągu całego życia, Andy postanowił tyle samo wyprodukować w rok. „Bycie dobrym w biznesie jest najbardziej fascynującą formą sztuki”, mawiał Warhol, zaprzeczając tym samym idei sztuki, jaka istniała do tej pory.

 A czy lubi pani starą muzykę z lat 90.?

Czy oznaką tetryczenia jest moment, w którym pierwszy raz pomyślimy „a gdy ja byłam mała/y…”? Czy może „lepszość” mojej młodości nad twoją wynika z tęsknoty za beztroskimi czasami, kiedy rok wydawał się trwać wiecznie, muzykę podnoszono do rangi poezji śpiewanej, a idoli kochało się na zabój? Czy gdy „mój” rocznik obsypie się potomstwem, także będzie w imię dobrego wychowania polował na czarownice w jakimś jeszcze nowszym medium? Zmiany były, są i będą, i nie ma co szukać dziury w całym. Już teraz „ci źli” vlogerzy prowadzą swoje autorskie programy w telewizji z misją, jak można zaobserwować na przykładzie Radka Kotarskiego. Dzięki popularności Polimatów może teraz w naszych odbiornikach z nowym podejściem rozprawiać o historii. Ta tranzycja jest zgodna z jego wizją prowadzenia programu i zarówno w „starych” jak i w „nowych” mediach odnajduje się świetnie.

Teraz siedzimy z twarzami wklejonymi w smartfony, tak jak kiedyś budowano ścianę przed światem trzymając przed oczyma gazetę wielkoformatową. Co do robienia z dzieci zombie oglądających niesłuszne treści w Internecie, będę się zawsze kłócić o to, jakie wzorce daje im tradycyjna telewizja emitująca seriale paradokumentalne i wyzywających się polityków? Mogę się pobawić w adwokata diabła i powiedzieć, że telewizja chce, aby wszystko było czarne albo białe. Z pewnością wielu płacących abonament (lub nie) zastanawia się, na co idą pieniądze podatników, skoro jedyne co można oglądać w najbardziej chodliwym czasie antenowym to „Gwiazdy Koszą Trawę”, albo „Szwaczka Szuka Szwagra”. Nie chodzi chyba o wytykanie palcami i przyklaskiwanie w wydawaniu osądów. Obwinianie ułamka filmów zamieszczonych w sieci za wątpliwą plagę zmian zachowań młodzieży jest bezproduktywne. Zamiast nakreślać nieistniejący problem, można by wykorzystać ten cenny czas na to, by usiąść ze swoim dzieckiem przy komputerze i pośmiać się z Grupą Filmową Darwin, dowiedzieć się od Jędrka z Zamku Chojnik, czy chłopi pańszczyźniani mieli plastik (mieli! nie powiem, z czego) lub sprawdzić co tam nowego wśród dronów z TechWeek. Możemy też dzieciakom po prostu… szalony pomysł… zaufać. Jak z każdą zmianą cywilizacyjną, możemy się jej bać, albo ją bliżej poznać.

2 I like it
0 I don't like it
Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On InstagramVisit Us On Pinterest